czwartek, 25 lutego 2010

A little bit longer way to Dakar * Troszke dluzsze docieranie do Dakaru

Not long time ago I’ve described probably the most popular way of travelling between Banjul and Dakar by local transport. This time we relax even more and decide to travel slower but cheaper.

From the border there is possibility to walk to the car park (ca 1km). But there are lots of taxi drivers in cars, on motocycles, on horses, too. If you manage to get throught this crowd of them and people exchanging money, maybe you manage to bargain a symbolic, reasonable prize. But remember, that they usually begin from the prizes out of heaven… On the parking there are minibuses on the right side. The price of the travel is nearly twice smaller than going by van for seven passengers (3500 CFA instead of 5500), but the time of the departure is unknown. If you are one of the first passengers, better prepare for some hours of waiting. If you are white, you are not going to be bored anyway. As an attraction nr 1 around you can even complain of too much company. But, please, be aware spending time with locals, that in this place most of them talk to you not just because they are friendly and interested in other culture. You are already in “give-me-a-gift land”. And if you decide to give away even the smallest thing, be prepare, that “give-me-a-gift” will just sound stronger.
Practical information: coffee is for 50CFA and it's safer to have changes.


Niedawno opisalam najbardziej popularny chyba sposob podrozowania miejscowych z Banjulu do Dakaru. Tym razem zrelaksujemy sie jeszcze bardziej i pojedziemy wolniej, ale i obetniemy przy okazji koszty.

Z granicy mozna sie przespacerowac (z kilometr toto moze), ale mozna tez, po przebrnieciu przez tlum natretnych taksowkarzy (samochody, motocykle, wozy konne) oraz osob oferujacych wymiane pieniedzy, zdecydowac sie na podwozke np.motocyklem, jesli kierowca zejdzie do jakiejs symbolicznej kwoty.
Po prawej stronie parkingu znajdziecie minibusy i pewnie ktorys bedzie wlasnie zbieral pasazerow do Dakaru, a jakis inny do Khaolack (po drodze do D,akaru). Cena jest prawie dwukrotnie nizsza niz miejsca w osmioosobowym vanie (3500CFA zamiast 5500), ale i godzina odjazdu moze sie bardzo przesunac i jesli jestes jednym z pierwszych pasazerow, to licz sie lepiej z kilkugodzinnym czekaniem. Nudzic sie i tak nie bedzie okazji, bo pewnie bedziesz atrakcja nr 1 jako jedyny bialy w okolicy i towarzyscy miejscowi moga cie wrecz zagadac na smierc. Ale strzez sie, bo dla wiekszosci tutaj jestes po prostu mozliwoscia zysku i mniej swiadomosc, ze malo kto jest tu przyjazny bezinteresownie. Wkroczyles juz do krainy "daj-mi-prezent" i jesli dasz komus chocby najmniejsza rzecz, badz przygotowany na caly "daj-mi-prezent" tlumek.
Z informacji praktycznych: kawa kosztuje 50CFA – najlepiej mniej przygotowane drobne.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Coming back & a concert * Powrot i koncert

Few days in Europe, thanks to moving from place to place and meetings, passed quickly. And back to the friendly, sunny land again:)

This time even English security seemed to have a day of being nice. So I've arrived to Banjul with totally no problems, happy being back in already hot Gambia.

At the Banjul's airport next surprise - nice drumming with dancing and singing! So I've stayed enjoying music, dancing with others, chatting a little bit. It was an organize group from Serrekunda, funded by president, joined soon by other group as well. After some time someone told me what is it all about - we've been waiting for Senegalian super star.

That's how I got to know about his concerts. First was far too expensive to me (1500 D...), but the next day was much easier to afford, so I decided to come. Everything began after some smaller concerts, maybe 2 o'clock in the night and it was not only great music but great show as well.
And the audience was in their finest clothes, among them more women in minis than in long skirts (quite unusual here, where during the day very few women wears mini even in hot day), quite few with covered heads - most of them looked like coming straight from hairdresser, all so elegant at least like for opera in Europe, even the music is the very popular one.


Kilka dni w Anglii, dzieki zmianom miejsca i spotkaniom, minelo szybko i juz samolot w strone slonca… Tym razem nawet celnicy angielscy mieli chyba jakis “dzien dobroci dla zwierzat”, bo byli mili i bezprobemowi. Bez zadnych przygod dotarlam wiec do Banjulu, a tu niespodzianka – bebniarze, tancerze, spiewy… Oczywiscie nie omieszkalam sie dolaczyc (tylko do tanczacych, ma sie rozumiec;)), co zostalo przyjete z radoscia i uznaniem. I tak mi czas mijal na podziwianiu tancerzy, sluchaniu wciaz niezrozumialych dla mnie piosenek, tancu i rozmowach, gdy pojawila sie druga grupa muzykow i tancerzy… Ktos mi w koncu wyjasnil, ze czekamy na senegalska super gwiazde. I tak sie dowiedzialam o jego koncertach. Pierwszy byl zdecydowanie za drogi (prawie 170 zlotych!), ale nastepnego dnia cena byla juz do przelkniecia, wiec sobie nie odmowilam. I warto bylo. Koncert gwiazdy byl poprzedzony kilkoma innymi, wiec zaczal sie dopiero ok. 2 w nocy. I oprocz rzeczywiscie bardzo dobrej, popularnej muzyki, byl to tez niezly show:). Publicznosc byla w eleganckich kreacjach i, co tutaj nietypowe, wiecej bylo kobiet w miniowkach niz dlugich spodnicach, malo ktora z nich miala nakrycie glowy, za to wiekszosc wygladala na osoby, ktore wyszly prosto od fryzjera.

czwartek, 18 lutego 2010

Waiting * Czekajac

After few days in Europe maybe in few hours I'll be flying back to Gambia... Greetings from the Gatwick airport (London), quite friendly one for overnight stay, with no noisy announcements every 10-15 minutes and with some quite comfortable seats even ;)

Po kilku dniach w Europie moze za kilka godzin bede juz leciala sobie do Gambii... Pozdrowienia z lotniska Gatwick (Londyn), calkiem nawet przyjaznego dla koczujacych tu cala noc podroznych, bez glosnych ogloszen co 10 czy 15 minut i nawet z jakas iloscia dosc wygodnych siedzen ;)

sobota, 13 lutego 2010

Eee, this Europe again :( * Ech, znow ta Europa :(

Greetings from Manchester, as a resident in Gambia already!
From Dakar there was long but nonproblematic trip to Banjul, then, after 2 days I've taken a flight to England. So again I'm here, in this strange country...

Pozdrawiam z Manchesteru, juz jako rezydentka Gambii!
Z Dakaru dluga, ale bezproblemowa podroz do Banjulu, a po dwoch dniach samolot do Anglii. I tak to jestem znowu w tym dziwnym kraju...

Dakar



The language ruling happily in Dakar is just one - wolof, and official, much less in use, in French.
Buying whatever one should know prices very well, because everywhere there are lots of people who try to make them much bigger for strangers, even for this from the same tribes but other countries... And it's good to have lots of changes all the time, because some of the people here are happy to keep your changes (if you give bigger money than due) even when you do not agree for this...

Jezyk krolujacy w Dakarze jest jeden - wolof, a oficjalny, znacznie mniej uzywany i znany - francuski.
Przy zakupach trzeba bardzo dobrze znac ceny, bo na kazdym kroku miejscowi probuja podbic ceny, nie oszczedzajac nawet swoich pobratymcow, nawet z tych samych plemion, ale innych krajow... I najchetniej nie wydawaliby reszty, wiec dobrze miec duzo drobnych...

niedziela, 7 lutego 2010

How to Banjul-Dakar * Przepis na dotarcie z Banjulu do Dakaru

I. Terminal in Banjul

II. Ferry (10D) do Barra (first 6a.m., last 8 p.m.)

III. Bush taxi (25D) or van for seven passengers (50D) to Karram.

IV. Passing the border.

V. Walk to the parking of cars going to Dakar

VI. 5 hours of travel by van (5500 CFA + 1000 CFA for a big backpack) or bush taxi (I heard that it is 3500 CFA, but the travel take much longer and there are no buses in the night) .



I. Docieramy do "terminalu" w Banjulu.
[Miasto jest niewielkich rozmiarow, wiec mozna sie przespacerowac chocby z drugiego konca, a busik kosztuje, jak zwykle, 5 dalasi]

II. Bierzemy promik (10 dalasi, czyli dobra zlotowka) do Barra.
[Pierwszy prom ok. 6:00, ostatni ok. 20:00, plynie toto od pol godziny do godziny, zaleznie od pogody]

III. Zaladowany busik (25 dalasi) badz van na siedmiu pasazerow (50 dalasi) do Karram.

IV. Kontrola celna
[Zwykle celnicy twierdza, ze visa nam niepotrzebna, ale jak nie widac po paszporcie, ze jestesmy w Unii, mozna trafic na celnika, ktory stwierdzi, ze jej potrzebujemy, w senegalskiej ambasadzie mowia, ze osoby ze starym paszportem potrzebuja wizy. W Banjulu mozna ja uzyskac za zaledwie 260 dalasi - mozliwe dwukrotne przekraczanie granicy, jesli o to poprosicie w formularzu, dlugosc pobytu zalezna od Was i humoru urzednika; przydatne numery kontaktowe oraz nazwy dzielnic, gdzie planuje sie przebywac.
Wiza zdobywana W Warszawie kosztowala ostatnio 200zl, wymagany jest dowod ubezpieczenia kosztow leczenia, wazne sa namiary na osobe zapraszajaca, rezerwacja hotelu badz cokolwiek w tym stylu]

V. Spacerek na parking aut odchodzacych do Dakaru
[Dobre 500m, ale taksowkarze beda Was probowali naciagnac na podwiezienie za np 25 dalasi)

VI. 5 godzin jazdy vanem z 7 pasazerami (np. 5500 CFA + bagaz np. kolejny 1000) lub busem (taniej, podobno 3500 CFA, ale nie spotkalam noca, podobno kursuja tylko w dzien)

piątek, 5 lutego 2010

soon in Senegal? * wkrotce w Senegalu?

After some more and less busy days in Gambia, this evening I'm planning to go to Dakar...

Po kilku bardziej i mniej zajetych dniach w Gambii, tego wieczoru planuje zabrac sie do Dakaru...

poniedziałek, 1 lutego 2010

Just a day * Po prostu dzien

Meetings with friends, visit in Senegalian embassy and a walk along touristic areas... *

Troche milych spotkan, wizyta w senegalskiej ambasadzie i spacerek wzdluz turystycznych terenow (kiedys trzeba:))...

niedziela, 31 stycznia 2010

Juz afrykanska ziemia * Back in Africa

After a very long but quite a nice travel again in my African home :)

Po bardzo dlugiej, ale dosc przyjemnej podrozy, znow w moim afrykanskim domu:)

sobota, 30 stycznia 2010

from a plane * z samolotu

just 6 and half hours more... * za 6 i pol godz...

piątek, 29 stycznia 2010

Ceremonia imienia, czyli powiedzmy, ze chrzciny :) * Name's ceremony







"Chrzciny" w gambijskiej kulturze muzulmanskiej zwane sa ceremonia imienia i sa nieraz huczniej obchodzone niz wesele! Impreza moze miec tysiac oblicz, zaleznie od upodoban i zamoznosci rodziny. Element muzulmanski widoczny jest tylko rano, gdy mezczyzni recytuja wspolnie modlitwe nadania imienia kolo domu noworodka. Pozniej wnoszone jest jedzenie, po poludniu pojawia sie muzyka i tance. Czasem z wiezy i glosnikow wystawionych na podworko, czasem przyjezdza profesjonalny zespol, zwykle muzyki tradycyjnej. I kolejne potrawy.
Przez caly dzien matke z nowonarodzonym dzieckiem odwiedzaja goscie i daja prezenty -rzeczowe badz drobne pieniadze majace pomoc w utrzymaniu dziecka. Poniewaz dzieci rodzi sie sporo, okazja do uczestniczenia w takiej imprezie nadarza sie co i rusz.


sobota, 19 grudnia 2009

Szkoła w Sukucie, Gambia * School in Sukuta, Gambia















Any children story or simple educational books in English are very welcome in above school. Some modern media, like a laptop, DVD player etc. would be appreciate maybe even more (see the only very old computer wchich the library for more than thousand children owns). Some more furniture is needed badly as well. If you are interested in helping this or other library in Gambia, contact me, please.


Po splonieciu biblioteki brakuje prostej literatury dziecięcej i edukacyjnej (oficjalny jezyk kraju to angielski), mebli... Z "nowoczesnych" mediów dostępny jest tylko jeden mocno wiekowy komputer - wszystkim marzy sie laptop, mozliwosc pokazywania filmow edukacyjnych itp. Jeśli chcesz się czymś z tą czy inną szkołą w Gambii podzielić, daj znać.

wtorek, 17 listopada 2009

Na półmetku * In a half way

Third month abroad. A half way to the end. Although looking on my bank account it's impossible to notice it. But I console myself, that they pay with delay.

It's cold. Grey. Every day passing my wrists and knees are trying more and more to assure me, they are not created for this weather's conditions. But I will survive.

My life is quite monotonous. Working, sleeping, maybe some shopping and cooking for next 2-3 days, some laundry and ironing, cleaning and tiding, a chat by skype/voip/mobile, checking e-mail... and work again. I'm happy anyway I have possibility to work so much now.

Sometimes a day off. So sleeping as much as I like, meeting with friends, maybe going to a club or, as happened once, just for a party at home with lovely Ghanian food...

The Nigerian nurse left home for her holiday yesterday. Even sometimes she have been trying to be more English than English are:), I will miss this beautiful person with open heart. I hope she will enjoy this time off, time with her husband and her people...
With English staff I still can not find any common background. Even I've learned to use "please" in every second sentence, because they seem to appreciate more politeness than honesty, I'm still far from being perfect - I can not manage to use "sorry" every 2 minutes... And it's difficult to find any subject to talk about for more than a while, because our intrests, values, goals have to many common points...
From Friday I'm going to be a nurse in charge eventually. I hope that cooperation with cares will be allright.
And I have a new manager. Seems to be more organized and taking care of the staff. I hope it's not only the first impression.

Grey is this life here...


Trzeci miesiąc na obczyźnie. Połowinki :) Choć po moich finansach jeszcze tego nie widać. Pocieszam się, ze tu przecież z opóźnieniem płacą.

Jest zimno. Szaro. Z dnia na dzień moje nadgarstki i kolana coraz bardziej mi dają do zrozumienia, że nie są stworzone do tej pogody. Ale przezyję.

Życie toczy się dość monotonnie. Praca, sen, jakiś wypad do sklepu i gotowanie na dwa, trzy dni, pranie, prasowanie, biezące sprzątanie, jakaś rozmowa przez skyp'a, voipa lub telefon, sprawdzenie maila. I znowu praca. Całe szczęście, że duzo pracuję.

Czasem jakiś dzień wolny. A więc nadrabianie zaleglości w spaniu, spotkanie ze znajomymi, ew. wypad do klubu, czy, jak się raz zdarzyło, imprezę domową. Przy okazji spotkań mam czasem okazję rozkoszować się zachodnio-afrykańską kuchnią. I co ciekawe - to mężczyźni gotują :).

Nigeryjka, którą mam zastępować, wczoraj poleciała na urlop do domu. Dzisiaj już będzie spala u siebie, z mężem u boku:). Mimo, że czasem zdarzało jej sie próbować być bardziej angielską niz Anglicy :), będzie mi brakowało tej pięknej osoby z otwartym sercem. Oby jak najlepiej skorzystała z tego czasu w domu, ze swoimi ludźmi.
Z Anglikami dalej jakoś nie mogę znaleźć wspólnego języka. Nauczyłam się już nawet mówić "proszę" w co drugim zdaniu, bo tu ważniejsza wydaje się forma niz treść. Wciąz daleko mi do ideału, bo nie potrafię uzywać słowa "przepraszam" z częstotliwością raz na dwie minuty, choć staram się jak mogę... A najzabawniejsze jest to, że z jednej strony własne zdanie jest przez zdecydowaną większość niemile widziane, z drugiej wymaga się ode mnie inicjatywy (hihi). No i nie wychodzi mi na dluzsza mete rozmowa o kosmetykach, piciu piwa czy chodzeniu po sklepach w poszukiwaniu kolejnych fatalaszkow, obgadywanie innych to tez nie moja dzialka, to o czym z nimi rozmawiac??? A jak nie pogadasz, to jeszcze gorzej.
Od piątku będę juz na samodzielnych zmianach. Cieszy mnie to. Byle się współpraca z opiekunami jakoś ułożyła.
I zmieniła mi się kierowniczka. Na konkretniejszą, bardziej poukładaną i, co moze i ważniejsze, wydajacą się bardziej dbać o pracowników. Zobaczymy, moze to tylko pierwsze wrazenie.

Szare to zycie tutaj. Mimo, ze akurat wyszlo słonce, a ja mam dzisiaj wolne.

czwartek, 15 października 2009

Praca * My job

Up and down... Maybe more down, but... After working here for nearly 6 weeks I still do not work in my profession. They will need me in November as an replacement, so now they at least decided to introduce me to my job. Thanks to that I had a pleasure to work one night with my Nigerian sister. If I could only work with such open-minded, open-hearted people... After so much of positive energy, I was smiling the whole next day:). Than 2 nights with narrow-minded English who seem to really believe that is infallible were my hard school of being good-tempered. Unfortunatly I do not deal with this kind of stress well for such a long period of time, so my eyes smart still. Well... with years passing nothing really changed: respect, openness, flexibility, sympathy and will of cooperation between staff are more important to me in my job that the place I work in, job description etc.


Sa gorki i doly. Wiecej dolow moze, ale coz... Wciaz, mimo harowania tutaj juz prawie 6 tygodni, nie pracuje w swoim zawodzie. Beda mnie jednak potrzebowali na zastepstwo w listopadzie, wiec przynajmniej zdecydowali sie mnie w koncu wprowadzic do pracy. Dzieki temu mialam przyjemnosc pracowac jedna noc z siostra z Nigerii. Tyle otwartosci i pozytywnej energii, ze sie jeszcze caly kolejny dzien usmiechalam. Gdybym tak mogla z takimi ludzmi na stale pracowac... Za to dwie noce z Angielka powaznie przekonana, ze zawsze ma racje, byly szkola opanowania, ale ze mam ograniczona odpornosc na tego typu stres, to jeszcze mnie oczy pieka. No coz... widac, ze nic mi sie przez lata nie pozmienialo. Dalej szacunek, otwartosc, elastycznosc oraz wzajemna zyczliwosc i chec wspolpracy sa dla mnie w pracy wazniejsze niz "zewnetrzne" jej warunki, zakres obowiazkow itp.

Chester







Chester, here I am. I've found a room 5 min from the centre, nor farther from a nice park, 15-20 min walk to my job. 3 flat mates: 2 of them very nice and helpful, third is nearly never at home so I still do not know him... Conditions are not luxurious, but everything what needed exists and works somehow and the owner is not invasive at all so I can feel free here.
I have already my 2 favourite shops with shop-assistants with West African roots who recognize me from distance, my favourite club where the music is not so bad so lots of imigrants use to come here, my favourite charity shop... I have some friends here already, and girls I stayed with at the begining, pop sometimes in for coffee and chat. Generally, I'm doing quite well here. So why do I count days to go away from here even just for a while?...


I tak to jestem w Chester. Znalazlam sobie skromny pokoik 5 min od centrum i nie dalej od przyjemnego parku z tlumem wiewiorek czekajacych na przysmaki, 15-20 minut od pracy. Trojka wspollokatorow (dwoch bardzo milych i pomocnych, a trzeci prawie w domu nie bywa, wiec go wciaz nie znam…) i malo luksusowe warunki, ale pelna swoboda, bo wlasciciel sie do niczego nie wtraca, a wszystko, co potrzebne jest i jakos dziala.
Mam juz swoje dwa ulubione sklepy z rozpoznajacymi mnie z daleka sprzedawcami pochodzacymi z Zachodniej Afryki, klub ze strawna muzyka, w ktorym sie sporo emigrantow pojawia, ulubiony sklep charytatywny, w ktorym wyszukam a to buty, a to poduszke, a to jeszcze cos innego… I wlasciwie to juz jestem tu urzadzona i mam z grubsza wszystko. Mam tez kilku znajomych i dziewczyny z poprzedniego miejsca zamieszkania wpadaja do mnie czasem na kawe. Wiec jakos sobie juz troche ten swiatek urzadzilam. A wiec dlaczego licze dni, kiedy stad w koncu wyjade chocby na pare dni?...

sobota, 5 września 2009

Kraina deszczowców * A rainy land

So I came to UK to earn some money. After tomorrow I'm going to begin to work....
Fortunatly I live with very friendly, open-minded people - nurses from Poland and Spain. It's just a little bit far to anywhere from here. I have one small shop by the petrol station and just houses, houses, houses all around... and 2-3 cars by each house. What's a strange society!
Yesterday I visited Chester - a small city I'm going to work in - for some specific shopping I could not do in here. Quite a pretty town, I can tell. And much more culture-mixed than this village I temporaly stay in. The thing I feel strange about is that black people in here are dressed in much more European way than me and most of them seem to behave in so European way as possible. Are they ashamed of their culture?

Wywiało mnie na wyspę po pieniążki. Pojutrze mam zacząć wdrażanie się do nowej pracy tutaj. Póki co zaczęłam od kupna dwóch parasolek (większa, solidniejsza, tęczowa i małe składane chińskie "badziewie" mieszczące się w torebce) i butów niby nieprzemakalnych... Zeby to zrobić musiałam pozwolić sobie na wyprawę do Chester - miasta, gdzie mam pracować. Nawet ładne. I znacznie więcej mieszanki kulturowej niz w tej tymczasowo mojej "wiosce". Tylko jakoś mi tak dziwnie, gdy czarni obok są niemal(?) bardziej europejscy niz ja. Zakompleksienie?
Całe szczęście trafiło mi się mieszkać z sensownymi ludźmi - pielęgniarkami z Polski i Hiszpanii. Gdybym tak jeszcze mieszkała blizej miasta. Tu tylko niewielki ogólnospozywczy sklep koło stacji benzynowej i domy, domy, domy... a przed kazdym ze dwa, trzy auta. Dziwna organizacja społeczeństwa.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Trochę jak w Afryce;) * A little bit like in Africa;)

A small rest from a nowaday's civilization. A beautiful, this time so Slavic:), European Rainbow Gathering. A meeting of positive freaks from all over the Europe and not only. Some travellers, some musicians, some jugglers... and lots of people representing other profesions (or no profesions;)). What's connecting is the will of being nearer to the nature and each other, far away from the world organized on the base of money. It was beautiful. As always it is. Lots of faces known from before. Lots of friends. Lots of music. Sometimes quite a good music. Eating simple but tasty meals together in a circle. Everyone is different and it's respected in every possible way. No matter what clothes you wear, what beliefs you have, no matter you eat with a fork and a knife or sticks or just a hand... you are still worthy so much as others.
And this crazy way to and from the Gathering with lots of so various but beautiful people, among them some small children, in my minibus. Slalom between holes and stones on the road leading to a place gave me feeling like I'm in Guinee again:), especially that we were so many this time and with so much stuff that we've filled the space in the car according to African standards...


Mały oddech od cywilizacji. Piękne, tym razem takie słowiańskie, Europejskie Tęczowe Spotkanie potocznie zwane krótko "Rainbow". Spotkanie pozytywnych wariatów z całej Europy i nie tylko. Podrozników, muzyków, zonglerzy... i przedstawicieli najróżniejszych innych profesji. To, co wspólne, to chęć pobycia razem, blisko natury i siebie nawzajem, a daleko od zorganizowanego na podstawie pieniędzy świata. I mniejsze czy większe przyznanie się do swojej dzikości i uznanie swojego i innych prawa do niej. Było pięknie. Jak zawsze. Sporo znajomych twarzy. Przyjaciół. Muzyki. Chwilami naprawdę dobrej muzyki. Proste jedzenie spozywane razem, w kręgu. Pełne respektowanie inności kazdego z nas. Tu nie jest czynnikiem hierarchizującym w co się ubierzesz, jakie masz wierzenia, czy posiłki jesz widelcem i nozem, czy pałeczkami czy po prostu ręką...
I ta droga, moim "terenobusem":), będąca wstępem i kontynuacją spotkania. Piękni, choć tak różni, ludzie, w tym małe dzieci, w różnej ilości i zestawieniu. Dojazd nienajgorszy (jak na Europejskie Rainbow), ale na tyle dziurawy, że w pewnym momencie przywodził na myśl gwinejskie wyboje;), szczególnie, ze przestrzeń w busie była przez nas i nasze rzeczy wykorzytana wtedy podług standardów afrykanskich...

niedziela, 1 marca 2009

Akomodacja * How difficult to adjust to Europe again...



It definietly wasn't easy to adjust to European realities again. There was snow around more than one week after our coming back, people were wearing so grey, warm clothes, everyone and everything seemed to be so organized and... sad. No one shouting "white!" after us, no one talking or at least smiling to us...

Then coming back to work (for Asia directly from the bus...). Nice. As usually. After this break maybe even more. People asking how was my stay in Africa, some small changes, snowman made just by my window (survived one week!).

After 2 days I've catch a cold, not long after my digestive system decided to strike, protesting against receiving heavy European food instead of lovely West African.

2 weeks passed. But every single hour my mind is travelling back to West Africa. I can not escape keeping comparing this 2 so different continents... And missing this wourld which suppose to be strange to me but sometimes feels more natural than my own culture...



Niełatwo było się przestawić na Europę. Przywitał nas śnieg, utrzymujący się potem ponad tydzień, chlapa, ludzie w autobusie nosili jakieś takie szare i grube ubrania, nikt nie zaczepiał, nie pytał, jak się mamy, nie wytykał palcem krzycząc "biały!", nie proponował obejrzenia jego stoiska... Co więcej, niemal bezskutecznie szukałam uśmiechów na twarzach innych. Domy jakieś takie porządniejsze, wszystko zdaje się lepiej zorganizowane i bogatsze, a na pewno estetyczniejsze, ale... jakoś tu smutniej...

Następnego dnia powrót do pracy (dla Asi nawet od razu...). Miło. Jak zawsze. A po przerwie moze bardziej. Duzo osob pyta o wrazenia z Afryki. Poza tym troche zmian, wiec trzeba sie na nowo zorientowac. Za oknem powstal bałwan, ktory trzymal się potem przez tydzień.

Po dwóch dniach nieco się rozchorowałam - zmiana klimatu dała się we znaki. Więc wizyta u lekarza, gdzie najpierw przyszło mi poopowiadać o wyprawie, a następnie otrzymałam antybiotyk wziewnie. Z próbek bezpłatnych, więc nawet nie musiałam zachodzić do apteki. Co ciekawe, nawet trzewia, przedtem tak bezproblematycznie przestawiające się na jedzenie na kontynencie, o ktorego kulinarnych niebezpieczenstwach tyle sie nasluchalysmy, nieco protestowały przed ostroznie wprowadzanym polskim zarelkiem.

Minęły dwa tygodnie. Wszystko niby wróciło do normy. A jednak na kazdym kroku włącza się w głowie porównywanie, utrzymuje się świadomość, ze ileś tam kilometrów stąd jest zupełnie inaczej. Gorzej? Lepiej? Podobnie? Inaczej...

Zaczęłam dorzucać fotki, ale do róznych postow, jak mi wyjdzie, nie po kolei. Czasem wklei mi się coś nie tu, gdzie chciałam bądź nie to, co chciałam, ale póki co nie potrafię wyciąć czy przekleić raz zamieszczonych zdjęć (jak ktoś potrafi, chętnie skorzystam z pomocy technicznej). Więc komu nie mam okazji pokazać zdjęć osobiście, z komentarzem, polecam zaglądanie na bloga w dalszym ciągu. Tym bardziej, ze po wrzuceniu fotek planuję uzupelniać zakładki, dodawać praktyczne informacje i ciekawostki, na których umieszczenie nie starczyło wcześniej czasu.

niedziela, 15 lutego 2009

Powrot * Coming back





After a good long sleep, lazy, relaxed day. Our lovely hosts tried to fulfill all our wishes before we managed to say anything:). Walking along the beach we've noticed that it seems to be quite clean (according to African standards:)) and generally Dakar seemed to be not so dirty as we thought before. Was it our perception after days in dirty Conakry or just different part of Dakar? Maybe both... In the night, we went to the club. Most of places were closed because of Touba Festival, so we've ended in a quite exclusive place, maybe to exclusive, but what's the most important is the company, so we had a good time anyway.
After a very long sleep again, last shopping, last baobab's juice made by our hosts while we were packing and it's time to run to the airport... By check-in problems. It's not like Air Senegal told us. We need to pay to extra 200 euros and it's not easy and very stressfull to organize such a big money in a hurry at the end of travelling.
So we are in a plane to Madrid:D. But we do not look too happy... Europe has lots of advantages, is much more comfortable and gives lots of possibilities. But in West Africa life is easier, much less complicated, much more relaxed and natural. There is still strong feeling of togetherness instead of dividing everything to "mine-yours", people are usually open-minded and wishing you well. Thanks to warm climate, some problems just do not appear and the beauty of nature can enchant you easily.
See you next time, beautifull, still so unknown continent...

Po odespaniu ostatnich dwoch nocy, leniwie wyruszylysmy, pod opieka naszych kochanych gospodarzy az przesadnie dbajacych o nasz komfort, na internet, kawke, a nastepnie na spacer, miedzy innymi po tutejszej plazy, zaskakujaco czystej jak na stolice afrykanska. Mialysmy teraz zupelnie inne wrazenia odnosnie czystosci i estetyki Dakaru niz pierwszego dnia. Czy to ilosc smieci i smrodu doswiadczana w Conakry zmienila nasza percepcje czy po prostu trafilysmy na inne dzielnice? Pewnie i to, i to... Po drodze jeszcze dobre jedzonko u podobno najlepszej kucharki w okolicy i do domku. O polnocy wybralismy sie jednak na imprezke, ktora okazala sie odwolana ze wzgledu na jutrzejszy festiwal religijny (jak to nazywali go nasi gospodarze) zwany Touba. Wzielismy wiec taksowke do innego miejsca, gdzie podobno zawsze cos jest. I rzeczywiscie bylo. Tylko ze dyskoteka. I to jakas ekskluzywna. Tak czy owak bawilismy sie dobrze.
Ostatni dzien w Afryce przespalysmy do poludnia, po czym (czyli po kolejnych paru godzinach) wybralysmy na ostatnie zakupy. I juz czas jechac na lotnisko...:( Tam okazalo sie, ze jednak musimy zaplacic po 100 euro za przebukowanie biletow, inaczej nie mozemy leciec, bo Air Senegal jednak tego nie dopelnil mimo wczesniejszych zapewnien... No coz, nie bedziemy sie sadzic... Po chwili stresu i nielatwym organizowaniu bylo nie bylo sporych jak na koniec podrozy pieniazkow, siedzialysmy jednak w samolocie do Madrytu. Ufff...
Chociaz... tak wlasciwie to zbyt radosne nie bylysmy. Europa ma sporo plusow, jest na pewno wygodniejsza i daje wiecej mozliwosci, jednak w Afryce zycie jest prostsze, bardziej zrelaksowane i naturalne. Wciaz istnieje tu tez ogromne poczucie wspolnoty, nie ma tak scislego podzialu na "moje-twoje", a ludzie sa otwarci i zwykle bardzo zyczliwi. Do tego cieply klimat sprawia, ze wiele problemow po prostu sie nie pojawia, a bogactwo natury potrafi zauroczyc.
Coz... do kolejnego razu, piekny, wciaz tak malo nam znany kontynencie...

piątek, 13 lutego 2009

So Dakar again * I znow Dakar



































So we're in Dakar again. Chilly here. It's so different climat here than in hot Guinea...
Tonight we are staying by a good friend of Amidou from Sukuta - Lamin. Tomorrow we're going to fly to Europe eventually. Hopefully without any more problems...



No i dolecialysmy do Dakaru. Chlodno tu jakos. Jednak panuje tu zupelnie inny klimat niz w goracej Gwineii...
Dzis nocujemy u przyjaciela Amidou z Sukuty - Lamina, a jutro mamy nadzieje bezproblemowo poleciec do Europy. Ciekawe, czy sie to uda... Tu, jak zauwazylysmy, prawie wszystko jest mozliwe, wiec..

czwartek, 12 lutego 2009

Wciaz w Gwineii... * Still in Gwinee...

Africa, Africa... We are still in Conakry, today our plane to Europe is going to fly without s on a board... We came to the airport earlier knowing that some suprises are always possible, but we couldn't expect such a surprise... There was an information on the door that the flight is "a litle bit" delayed. It means that the plane is going to depart not at 10:35 a.m., but 5:35 a.m. the next day...Well, let's not make a fuss of it. Eventually, it is just 19 hours later... We were told that around midnight some technical problems were obserwed, so checking the schedule the day before would help nothing. Na drz


Afryka, Afryka… Wciaz jestesmy w Conakry, dzisiaj ucieknie nam samolot do Europy… Przyjechalysmy na lotnisko odpowiednio wczesniej wiedzac, ze moga nas czekac jakies niespodzianki, ale takiej sie nie spodziewalysmy… Na drzwiach znalazlysmy karteczke, ze lot sie “nieco” opozni. Znaczy sie, zamiast o 10.35, samolot wyleci bodajze o 5.35 dnia nastepnego… No coz, nie badzmy zbyt szczegolowi, czymze jest raptem 19 godz. pozniej… Podobno ok. polnocy wystapily jakies problemy techniczne, wiec nawet gdybysmy potwierdzily godz. odlotu poznym wieczorem, to nie byloby nic wiadomo. Pocieszam sie tym, bo oczywiscie nie zdazylysmy poprzedniego dnia na lotnisko zajechac i potwierdzic...

Koniec koncow, wyszlo ze wylatujemy jutro wczesnym ranem, potem czeka nas jeszcze, czy chcemy czy nie, prawie 2 dni i noc w Dakarze, potem juz tylko przesiadka, a nie caly dzien w Madrycie i w niedziele po poludniu mamy szanse byc w Polsce. O ile oczywiscie cos sie jeszcze nie wydarzy… A ze to wina linii lotniczej, to nic nie mamy doplacac za zmiane lotu do Europy, jednak o nocleg bedziemy sie juz martwily same.

Moze jeszcze damy znac z Dakaru, co tam u nas. A jak nie, to do zobaczenia w Polsce!

wtorek, 10 lutego 2009

Juz ostatnie dni... * The last days...

























Time have passed much too quickly! After tomorrow we are flying...
On Sunday we visited our island again, most of us came back in the evening, only we twoo - the following day. This time we took "comunal" boat, not renting the whole boat like it was before in a group of whites with some black friends. It was much cheaper (just 5000), but the boat was totally overloaded. Anyway, the trip was alright and we had pleasure to meet very nice couple (she from Czech Republic, he from Guinea).
Soon time to go... I will miss this wonderful, natural, direct, always helpful and wishing well people too much... And the music, and colours, cloths, food, some nature... and this temperature, of course...
I knew that coming here once will mean coming here again and again... Maybe dirty Conakry with its trash fires is not the place I need to be back. But West Africa for sure.



Jak ten czas leci! Pojutrze wylot…
W niedziele poplynelismy znowu na wyspe, czesc osob wrocila wieczorem , a my – nastepnego dnia. Wracalysmy juz lodka "wyspowa", a nie taka na wylacznosc. Jak bylo nas wiecej, placilismy burzujsko za cala lodke, teraz wyszlysmy po prostu na lodz, ktora odchodzila o kontretnej godzinie i zabierala tyle osob, ile dala rade. Bylo to ciekawe doswiadczenie, bo oczywiscie byla ona totalnie zaladowana ludzmi i rybami, mimo scisku nie wszyscy miescili sie na laweczkach i nie wszyscy, ktorzy chcieli, zmiescili sie. W koncu motor nie odpalil, wiec przesiadalismy sie na inna lodz, odrobine wieksza. Tak czy owak, w milej atmosferze i bez kolejnych przygod, dotarlysmy do stolicy. Przy okazji poznalysmy przesympatyczna Czeszke, ktora przyjechala odwiedzic swojego chlopaka.
A sam pobyt na wyspie... Jak zwykle brak slow. A nocleg pod palma, miedzy drzewami, gdy w tle szum oceanu uderzajacego z sila o kamienie, a temperature powietrza taka, by taki zmarzlak jak ja mogl spac pod cieniutkim kocykiem, to jest to, co Elizy uwielbiaja… W koncu mialam wrazenie, ze sie wyspalam po krotkich nocach w parnym pokoju, gdzie zasypiam zwykle przed 4.00, a o 8.00 dochodzi juz przed otwarte caly czas okna ilosc dzwiekow, ktora sprawia, ze dalsze spanie wymaga niezwyklej halasoszczelnosci. Swoja droga, mamy wrazenie, ze w Afryce spimy ogolnie krocej. Nawet jak bylo chlodno, np. w Senegalu, budzilysmy sie same po niewielu godzinach snu i juz nie moglysmy usnac. Od czego wiec to zalezy do dzis nie wiem… Tak czy owak, przy temperaturze , ktora mamy teraz w Gwineii znacznie przyjemniej spi sie na zewnatrz, w poprzednim miejscu zamieszkania spalam wiec wylacznie na tarasie. Pod moskitiera, ma sie rozumiec, bo czasy gdy nie meczyly nas komary skonczyly sie jeszcze przed dojechaniem do stolicy. Tu mamy okazje ogladac rozne wieksze i mniejsze stworzenia, ktorych brakiem, a nastepnie znikoma iloscia dziwilysmy sie w Senegalu, Gambii, Gwineii Bissau.
Przyzwyczailysmy sie juz tez chyba do chodzenia po wszechobecnych haldach smieci oraz w swietle wieczornych “ognisk”, jednak chyba nie bedziemy za tym tesknic… Tak samo jak za tym, ze biala skora odczytywana jest tu zazwyczaj (dla mnie szczegolnie odczuwalne jest to tutaj, w stolicy) podobnie jak obwieszenie sie zlotem w Europie. Miejscowi nie tylko usiluja zwielokratniac bialym ceny, ale uznaja, ze to bialy ma za wszystko placic i kupowac bez protestow czego potrzebuja, badz co by im sie jeszcse przydalo… bo skoro jest bialy, to na pewno jest bogaty, a przeciez gdyby oni byli bogaci, to tez by sie podzielili…
Tesknic bedziemy za to za wieloma innymi rzeczami. Mi na pewno zostanie w pamieci bezposredniosc i zyczliwosc ludzi oraz ich spontaniczna radosc, muzyka, piekno ubiorow, wszechobecnosc kolorow, jedzonko, piekno roslinnosci... I temperatura:) Przestawienie sie za moment na, dajmy na to, temperature ok. zera, nie bedzie proste.
Wiedzialam, ze jak juz raz trafie na ten kontynent, to trzeba bedzie wrocic... Niekoniecznie do Conakry, ale na pewno do Afryki. I chetnie znowu do Afryki Zachodniej.

piątek, 6 lutego 2009

Zmiany * Some changes











Dni kilka mieszkalysmy sobie w bardzo luksusowych jak na Afryke warunkach: prysznic z biezaca woda; cudny, pelen soczystej zieleni widok z jednej strony, z drugiej - brzeg oceanu. Do tego do dyspozycji salon, lodowka, telewizor, tarasy i duzo przestrzeni wewnatrz i na zewnatrz... a i okolica spokojna, taka troche lepszej kategorii.
Teraz mieszkamy za to w samym centrum, w dzielnicy targowej... znow wiadro sluzy nam za prysznic a kazdego ranka slyszymy kakafonie klaksonow...

środa, 4 lutego 2009

Conakry


















































































































































































































Conakry is a paradise for these who love djembe & traditional West African music. Very soon we've been to a Mamady's (Keita) concert, enjoyed Dunumbe (a party with traditional music hapening on the street), concerts of dundun's and balafon's masters coming soon...

To miasto moze sie kojarzyc z wieloma rzeczami. Muzycznie jest tu (dla wielbicieli djembe i tradycyjnej muzyki Afryki Zachodniej) raj. Szybko trafilysmy na koncert Mamadiego Keity (wielkiego mistrza djembe) oraz na Dunumbe, czyli spektakl muzyczny odbywajacy sie na ulicy tak czesto, jak ktos zechce go zorganizowac (czyli w praktyce kilka razy w tyg., zwykle z okazji jakiegos swieta rodzinnego, jednak przyjsc moze kazdy, kto sie dowie, ze tego dnia w tym miejscu...). A tu zaraz koncert mistrza gry na dundunach i innego - na balafonach...

Inna rzecza jest zgielk, szalona jazda kierowcow (aby zmienic pas wyciagasz przez okno reke, przepisy nie maja tu zbyt wielkiego zastosowania, a przy niewielkich stluczkach kierowcy tylko patrza, czy nic nie odpadlo i jada dalej), smrod palonych o kazdej porze dnia i nocy i na kazdym rogu smieci i wszechobecne niezabezpieczone rowy - niektore glebokosci tylko 30cm czy pol metra, ale wiele ma glebokosc nawet trzech metrow i po zapadnieciu zmroku trzeba sie dobrze wpatrywac, by sie nie polamac.

W niedziele wynajelismy lodke na jedna z wysp (Room). Taki kawalek raju z boskimi widokami, cieplym oceanem, mnostwem rastamanow i ludzmi spontanicznie grajacymi, spiewajacymi, tanczacymi... Planujemy wybrac sie tam znowu w najblizsza sobote - wspaniale odetchniecie od halasu, spalin, smrodu palacego sie plastiku, tlumu, cmokania, wolania: "fote" ("bialy") i zagadywania z czestotliwoscia czasem nadwyrezajaca nasza cierpliwosc.