piątek, 13 lutego 2009

So Dakar again * I znow Dakar



































So we're in Dakar again. Chilly here. It's so different climat here than in hot Guinea...
Tonight we are staying by a good friend of Amidou from Sukuta - Lamin. Tomorrow we're going to fly to Europe eventually. Hopefully without any more problems...



No i dolecialysmy do Dakaru. Chlodno tu jakos. Jednak panuje tu zupelnie inny klimat niz w goracej Gwineii...
Dzis nocujemy u przyjaciela Amidou z Sukuty - Lamina, a jutro mamy nadzieje bezproblemowo poleciec do Europy. Ciekawe, czy sie to uda... Tu, jak zauwazylysmy, prawie wszystko jest mozliwe, wiec..

czwartek, 12 lutego 2009

Wciaz w Gwineii... * Still in Gwinee...

Africa, Africa... We are still in Conakry, today our plane to Europe is going to fly without s on a board... We came to the airport earlier knowing that some suprises are always possible, but we couldn't expect such a surprise... There was an information on the door that the flight is "a litle bit" delayed. It means that the plane is going to depart not at 10:35 a.m., but 5:35 a.m. the next day...Well, let's not make a fuss of it. Eventually, it is just 19 hours later... We were told that around midnight some technical problems were obserwed, so checking the schedule the day before would help nothing. Na drz


Afryka, Afryka… Wciaz jestesmy w Conakry, dzisiaj ucieknie nam samolot do Europy… Przyjechalysmy na lotnisko odpowiednio wczesniej wiedzac, ze moga nas czekac jakies niespodzianki, ale takiej sie nie spodziewalysmy… Na drzwiach znalazlysmy karteczke, ze lot sie “nieco” opozni. Znaczy sie, zamiast o 10.35, samolot wyleci bodajze o 5.35 dnia nastepnego… No coz, nie badzmy zbyt szczegolowi, czymze jest raptem 19 godz. pozniej… Podobno ok. polnocy wystapily jakies problemy techniczne, wiec nawet gdybysmy potwierdzily godz. odlotu poznym wieczorem, to nie byloby nic wiadomo. Pocieszam sie tym, bo oczywiscie nie zdazylysmy poprzedniego dnia na lotnisko zajechac i potwierdzic...

Koniec koncow, wyszlo ze wylatujemy jutro wczesnym ranem, potem czeka nas jeszcze, czy chcemy czy nie, prawie 2 dni i noc w Dakarze, potem juz tylko przesiadka, a nie caly dzien w Madrycie i w niedziele po poludniu mamy szanse byc w Polsce. O ile oczywiscie cos sie jeszcze nie wydarzy… A ze to wina linii lotniczej, to nic nie mamy doplacac za zmiane lotu do Europy, jednak o nocleg bedziemy sie juz martwily same.

Moze jeszcze damy znac z Dakaru, co tam u nas. A jak nie, to do zobaczenia w Polsce!

wtorek, 10 lutego 2009

Juz ostatnie dni... * The last days...

























Time have passed much too quickly! After tomorrow we are flying...
On Sunday we visited our island again, most of us came back in the evening, only we twoo - the following day. This time we took "comunal" boat, not renting the whole boat like it was before in a group of whites with some black friends. It was much cheaper (just 5000), but the boat was totally overloaded. Anyway, the trip was alright and we had pleasure to meet very nice couple (she from Czech Republic, he from Guinea).
Soon time to go... I will miss this wonderful, natural, direct, always helpful and wishing well people too much... And the music, and colours, cloths, food, some nature... and this temperature, of course...
I knew that coming here once will mean coming here again and again... Maybe dirty Conakry with its trash fires is not the place I need to be back. But West Africa for sure.



Jak ten czas leci! Pojutrze wylot…
W niedziele poplynelismy znowu na wyspe, czesc osob wrocila wieczorem , a my – nastepnego dnia. Wracalysmy juz lodka "wyspowa", a nie taka na wylacznosc. Jak bylo nas wiecej, placilismy burzujsko za cala lodke, teraz wyszlysmy po prostu na lodz, ktora odchodzila o kontretnej godzinie i zabierala tyle osob, ile dala rade. Bylo to ciekawe doswiadczenie, bo oczywiscie byla ona totalnie zaladowana ludzmi i rybami, mimo scisku nie wszyscy miescili sie na laweczkach i nie wszyscy, ktorzy chcieli, zmiescili sie. W koncu motor nie odpalil, wiec przesiadalismy sie na inna lodz, odrobine wieksza. Tak czy owak, w milej atmosferze i bez kolejnych przygod, dotarlysmy do stolicy. Przy okazji poznalysmy przesympatyczna Czeszke, ktora przyjechala odwiedzic swojego chlopaka.
A sam pobyt na wyspie... Jak zwykle brak slow. A nocleg pod palma, miedzy drzewami, gdy w tle szum oceanu uderzajacego z sila o kamienie, a temperature powietrza taka, by taki zmarzlak jak ja mogl spac pod cieniutkim kocykiem, to jest to, co Elizy uwielbiaja… W koncu mialam wrazenie, ze sie wyspalam po krotkich nocach w parnym pokoju, gdzie zasypiam zwykle przed 4.00, a o 8.00 dochodzi juz przed otwarte caly czas okna ilosc dzwiekow, ktora sprawia, ze dalsze spanie wymaga niezwyklej halasoszczelnosci. Swoja droga, mamy wrazenie, ze w Afryce spimy ogolnie krocej. Nawet jak bylo chlodno, np. w Senegalu, budzilysmy sie same po niewielu godzinach snu i juz nie moglysmy usnac. Od czego wiec to zalezy do dzis nie wiem… Tak czy owak, przy temperaturze , ktora mamy teraz w Gwineii znacznie przyjemniej spi sie na zewnatrz, w poprzednim miejscu zamieszkania spalam wiec wylacznie na tarasie. Pod moskitiera, ma sie rozumiec, bo czasy gdy nie meczyly nas komary skonczyly sie jeszcze przed dojechaniem do stolicy. Tu mamy okazje ogladac rozne wieksze i mniejsze stworzenia, ktorych brakiem, a nastepnie znikoma iloscia dziwilysmy sie w Senegalu, Gambii, Gwineii Bissau.
Przyzwyczailysmy sie juz tez chyba do chodzenia po wszechobecnych haldach smieci oraz w swietle wieczornych “ognisk”, jednak chyba nie bedziemy za tym tesknic… Tak samo jak za tym, ze biala skora odczytywana jest tu zazwyczaj (dla mnie szczegolnie odczuwalne jest to tutaj, w stolicy) podobnie jak obwieszenie sie zlotem w Europie. Miejscowi nie tylko usiluja zwielokratniac bialym ceny, ale uznaja, ze to bialy ma za wszystko placic i kupowac bez protestow czego potrzebuja, badz co by im sie jeszcse przydalo… bo skoro jest bialy, to na pewno jest bogaty, a przeciez gdyby oni byli bogaci, to tez by sie podzielili…
Tesknic bedziemy za to za wieloma innymi rzeczami. Mi na pewno zostanie w pamieci bezposredniosc i zyczliwosc ludzi oraz ich spontaniczna radosc, muzyka, piekno ubiorow, wszechobecnosc kolorow, jedzonko, piekno roslinnosci... I temperatura:) Przestawienie sie za moment na, dajmy na to, temperature ok. zera, nie bedzie proste.
Wiedzialam, ze jak juz raz trafie na ten kontynent, to trzeba bedzie wrocic... Niekoniecznie do Conakry, ale na pewno do Afryki. I chetnie znowu do Afryki Zachodniej.

piątek, 6 lutego 2009

Zmiany * Some changes











Dni kilka mieszkalysmy sobie w bardzo luksusowych jak na Afryke warunkach: prysznic z biezaca woda; cudny, pelen soczystej zieleni widok z jednej strony, z drugiej - brzeg oceanu. Do tego do dyspozycji salon, lodowka, telewizor, tarasy i duzo przestrzeni wewnatrz i na zewnatrz... a i okolica spokojna, taka troche lepszej kategorii.
Teraz mieszkamy za to w samym centrum, w dzielnicy targowej... znow wiadro sluzy nam za prysznic a kazdego ranka slyszymy kakafonie klaksonow...

środa, 4 lutego 2009

Conakry


















































































































































































































Conakry is a paradise for these who love djembe & traditional West African music. Very soon we've been to a Mamady's (Keita) concert, enjoyed Dunumbe (a party with traditional music hapening on the street), concerts of dundun's and balafon's masters coming soon...

To miasto moze sie kojarzyc z wieloma rzeczami. Muzycznie jest tu (dla wielbicieli djembe i tradycyjnej muzyki Afryki Zachodniej) raj. Szybko trafilysmy na koncert Mamadiego Keity (wielkiego mistrza djembe) oraz na Dunumbe, czyli spektakl muzyczny odbywajacy sie na ulicy tak czesto, jak ktos zechce go zorganizowac (czyli w praktyce kilka razy w tyg., zwykle z okazji jakiegos swieta rodzinnego, jednak przyjsc moze kazdy, kto sie dowie, ze tego dnia w tym miejscu...). A tu zaraz koncert mistrza gry na dundunach i innego - na balafonach...

Inna rzecza jest zgielk, szalona jazda kierowcow (aby zmienic pas wyciagasz przez okno reke, przepisy nie maja tu zbyt wielkiego zastosowania, a przy niewielkich stluczkach kierowcy tylko patrza, czy nic nie odpadlo i jada dalej), smrod palonych o kazdej porze dnia i nocy i na kazdym rogu smieci i wszechobecne niezabezpieczone rowy - niektore glebokosci tylko 30cm czy pol metra, ale wiele ma glebokosc nawet trzech metrow i po zapadnieciu zmroku trzeba sie dobrze wpatrywac, by sie nie polamac.

W niedziele wynajelismy lodke na jedna z wysp (Room). Taki kawalek raju z boskimi widokami, cieplym oceanem, mnostwem rastamanow i ludzmi spontanicznie grajacymi, spiewajacymi, tanczacymi... Planujemy wybrac sie tam znowu w najblizsza sobote - wspaniale odetchniecie od halasu, spalin, smrodu palacego sie plastiku, tlumu, cmokania, wolania: "fote" ("bialy") i zagadywania z czestotliwoscia czasem nadwyrezajaca nasza cierpliwosc.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Wciaz gwinejskie wyboje * Still a bumpy road - continuation of travelling in Guinee

Gdy busik dotarl po kolejnych chyba ze dwoch godzinach do miasteczka, okazalo sie, ze i z dalsza droga nie jest tak latwo. Po godzinie okazalo sie, ze najprawdopodobniej bedzie jeszcze dzisiaj samochod jadacy do Boce (stamtad podobno juz afalt), ale nie doczekalysmy sie go, bowiem wczesniej zatrzymalysmy tira, ktorego kierowca zreszta tez zazyczyl sobie zaplacenia mu za transport. Poniewaz bylo wiecej chetnych, a my nie mialysmy ochoty dluzej czekac, to sie zgodzilysmy.
Tir jechal az do Conakry, ale w miedzyczasie zatrzymal sie na kilka godzin na "nocleg". Wygladalo to tak, ze sie rozlozylismy na ziemi pod jakimis budami, gdzie pewnie w dzien jest targowisko. Znam estetyczniejsze miejsca noclegowe, ale ze byl srodek nocy, to juz nic nie kombinowalysmy. Rano jeszcze okazalo sie, ze jedziemy zaladowac piasek. I znowu czas po afrykansku, nieprzewidywalnym tempem sobie plynal... Juz sie troche przyzwyczailysmy, wiec cierpliwie czekajac troszke spenetrowalysmy okolice, po czym zjadlysmy sniadanko z robotnikami. Do tej pory jechalismy w szostke (jedna dziewczyna + my dwie + kierowca+ dwojka robotnikow), teraz dosiadla sie jeszcze jedna osoba, wiec w siodemke (plus plecaki) w jednej kabinie dotarlismy do Conakry, gdzie szybko kupilysmy miejscowy starter i skontaktowalysmy sie z Wiola - w koncu nawet nie wiedzialysmy, gdzie mieszkamy...

Gwinea-podroz, cz.II
















Tluklismy sie kilka godzin czyms o szerokosci drogi. Najpierw we dwie na przednim siedzeniu, potem (po przeprawie "promowej" przez rzeke) zaproponowalysmy oddanie naszej luksusowej miejscowki (dostalysmy az tyle miejsca, poniewaz jestesmy biale - kolejny raz traktowano nas jako uprzywilejowane ze wzgledu na nasza skore) dwojgu doroslym z dzieckiem, a same sciesnilysmy sie z tylu, gdzie w stopy laskotaly nas... kury. Jesli dobrze pamietam, to bylo nas, razem z dziecmi, chyba 15 osob. Przyponinam, ze byla to osobowka... Tak dostalysmy sie do miasteczka, gdzie kolejny raz przenocowalysmy na komisariacie.
Rano znow wybralysmy sie na czerwona droge, ale pierwsze co, po nie wiem jakim czasie, przejezdzalo, bylo zapchanym busem. Patrzac na ilosc pasazerow, nawet nie chialam zatrzymywac, bo nie wierzylam, ze jestesmy w stanie sie tam wcisnac. Asia jednak machnela reka i wbilysmy sie do srodka, miedzy nie pamietam ile osob. Jedna osoba jechala w kazdym razie na dachu, a dwie wisialy na tylnich drzwiach... I znow sie tluklysmy po czerwonych dziurach, przez moze dwie godziny, po czym stanelismy w jakiej wiosce. Gdy postoj sie przedluzal, zapytalysmy, kiedy ruszamy i dowiedzialysmy sie, ze o 14 (a bylo po 11...). Z tego, co ie domyslilysmy, bus zatrzymal sie na... targ. No coz... Czekalysmy wiec cierpliwie, probujac w miedzyczasie miejscowych smakolykow.

Gwinea-podroz, cz.I






















Kolejny przedmiot oddaje
Rozstaje sie z kolejna rzecza
Mnie takie rzeczy lecza
Gdy plecak sie oproznia
I znow sie inni ciesza
I znow na czerwonej drodze Afryki
Usmiechniete twarze, machajace dlonie
I znowu czekamy
I znowu czekamy
Na jakies auto co sie wyloni z oddali...



http://www.youtube.com/watch?v=z04PgXcMqK0&feature=channel

[ta wersja piosenki "Niemanie" powstala jak siedzialysmy sobie na sloneczku pojadajac musli w kurzu afrykanskiej drogi - sytuacja opisana ponizej;wklejam tez link do oryginalu - dla tych, co nie znają piosenek Pawla Czekalskiego]

Rankiem, po nocy na werandzie kolo komisariatu, wybralysmy sie na droge. Czerwona, piaszczysta, taka, ktora chyba do konca zycia bedzie nam sie kojarzyc z Afryka... I wszechobecnym czerwonym kurzem. Mimo, ze odeszlysmy kawalek od miasteczka, wciaz mijali nas ludzie, rowery, motory... ale nie samochody. Przechodzilysmy nad rzeka, w ktorej kobiety praly ubrania. Dolaczylysmy do nich i zaczelymy prac wraz z nimi, ichnim, ladnie pachnacym ziemia mydelkiem. Zjadlysmy tez, wraz z dwojka uroczych dzieciakow, sniadanko z zapasow. I czekalysmy... Po dluzszym czasie minela nas zapchana do granic mozliwosci osobowa "taksowka". I jedno prywatne auto... ktorego wlasciciel oczywiscie sie zatrzymal, ale po to, by sie wytlumaczyc, ze jedzie tylko kawalek dalej, by swoje autko umyc. No coz... w takim razie rozlozylysmy sie leniwie pod drzewkiem. Jako ze znow minal dluzszy czas, a wokol tylko ludzie, rowery, czasem motor, wrocilysmy z panem, ktory juz umyl samochod, do miasteczka pytac o platny transport.
Dowiedzialysmy sie, ze w konkretne dni tygodnia odchodza osobowki do konkretnych miast. W dniu dzisiejszym rzekomo tylko, jak codziennie, na granice z Gwinea Bissau i bezposrednio do Conakry. To nam sie nie bardzo usmiechalo, bo tluc sie zapchanym autem bezposrednio taki kawal, jeszcze wcale nie tak malo za to placac (80 000, czyli jakies niecale 70zl od osoby)... A chcialysmy przeciez po drodze nad ocean... I zobaczyc troche ten nowy dla nas kraj... A tu, nawet jesli bysmy wysiadly po drodze, kierowca zyczy sobie zaplate do stolicy, bo niby nie ma gwarancji, ze znajdzie kogos na nasze miejsce... Po pol godziny okazuje sie, ze jednak znajdzie sie auto jadace blizej. Placimy wiec po 30 000, swiadome, ze nieco przeplacamy i wsiadamy chcac sie juz stad wydostac...

Z Conakry

Pozdrawiamy z Conakry! Zyjemy, mamy sie dobrze, ale ze necik tutaj w cenie tej samej co u nas (czego nie da sie powiedziec o predkosci polaczenia) to wciaz jakos nie mozemy nadrobic zaleglosci i opowiedziec, jak tu dotarlysmy... Za to staram sie czasem jakas fotke z podrozy do ktorego posta dorzucic, choc wiekszosc wkleimy pewnie dopiero w Polsce, bo przy tej zawrotnej predkosci lacza...